Funkcja

Lepiej wcale, niż późno – czyli dlaczego piszę?

Okey Dokey, Guys!

Odkąd jestem nie tylko człowiekiem, ale też nauczycielem (życie bywa przewrotnym – nomen omen- pudełkiem czekoladek, czasem nie wiesz na co trafisz, a czasem się wszystko wysypie), postanowiłam, że albo stworzę bloga i zacznę pisać dla Was teraz, albo już nigdy. Bo potem to już będę stara i zgorzkniała, a teraz jestem tylko stara, więc ma to jeszcze sens. Poza tym potem mogę zapomnieć. A teraz jeszcze pamiętam.

Trochę to będzie blog biznesowy, trochę coachingowy (he, he), a trochę osobisty. O co chodzi z tym ‚przyszłość jest teraz’, albo angielskim chwytliwym ‚the future is now’?

Ano tak. Twoja przyszłość kreuje się juz teraz, i wszystkie decyzje jakie podejmujesz na obecnym etapie życia, będą mieć konsekwencje w przyszłości. Wybory, które dokonujesz (life choices) , ludzie, którymi się otaczasz ( personal and business networking), umiejętności, które nabywasz (new skills) etc. Pracując na co dzień z młodymi ludźmi, stojącymi przed wielkim wyborem ścieżki zawodowej (i wszystkim innym, co się z tym być może wiąże – np emigracją zarobkową), staram się uświadamiać im, jak bardzo istotne jest postrzeganie życia, nie tylko zawodowego, właśnie w ten sposób. Jak ważne jest planowanie (odzywa się tu we mnie wieloletni zawodowy ex-planista i estymator). I wreszcie, jak ważne jest patrzenie na przyszłość z perspektywy tu i teraz – działanie lokalne, z równoczesnym globalnym postrzeganiem rzeczywistości – tzw. ‚act locally, think globally’.

Na moim blogu podzielę się z Tobą m.in.:

  • jak najlepiej przygotować się i wypaść fenomenalnie na rozmowie kwalifikacyjnej
  • jak praktycznie i metodą ‚zanurzenia’ (immersion) uczyć się języka angielskiego, często nawet nie uświadamiając sobie, że aktywnie się go uczysz
  • dlaczego praktyczna znajomość angielskiego jest umiejętnością na życie, a nie chwilową potrzebą albo kaprysem
  • jakie są popularne nowoczesne i moje intuicyjne, wypróbowane metody nauki angielskiego
  • jak wybrać karierę zawodową kierując się naturalnymi predyspozycjami, a nie chłodnym, typowo coachingowym doradztwem zawodowym
  • jak cieszyć się z drobnych rzeczy i dostrzegać w nich szanse na rozwój osobisty i zawodowy
  • i wiele innych przydatnych bzdur 🙂

Ponadto będę się z Wami dzielić moimi pasjami (w tym literacką), opowiem trochę o życiu na obczyźnie z perspektywy ex-emigranta i o tym, jak to jest być z powrotem ‚u siebie’ (?).

A w ogóle to sami zobaczycie.

What happens in Cyprus, stays in Cyprus

PBL – czyli Problem Based Learning. Czym jest nauczanie problemowe w praktyce?

Zapraszam Was dzisiaj na trochę naukowy, a trochę edukacyjny wpis, w którym poruszam arcyciekawą kwestię przeprowadzania współcześnie lekcji problemowych – tekst powstał w ramach pracy zaliczeniowej, którą pisałam w celu podniesienia kompetencji zawodowych. Enjoy! 🙂

Czym jest problem oraz czym jest nauczanie problemowe w praktyce – to pierwsze zagadnienia, na jakie musimy sobie odpowiedzieć przy omawianiu specyfiki tej koncepcji kształcenia.

Problem charakteryzujemy jako trudność praktyczną i teoretyczną, której rozwiązanie zawdzięczamy  własnej aktywności badawczej.  Jest dla nas sytuacją niekomfortową, niewygodną, budzącą pewny niepokój i napięcie, gdyż zawierając niepełne dane – jest swego rodzaju niewiadomą. Stanowi rodzaj wyzwania, którego podmiot nie może się podjąć przy wykorzystaniu jedynie dotychczasowego zasobu posiadanej wiedzy, lecz wiedzę tę musi pogłębiać korzystając z różnych źródeł wsparcia.

Problem często przybiera postać pytania lub zadania, choć nie każde pytanie jest problemem. Podejmując się rozwiązania problemu, musimy wykazać wysoką aktywność poznawczą i emocjonalną.

Natomiast nauczanie problemowe – z ang. Problem Based Learning (PBL), za którego twórcę i prekursora uznaje się wybitnego amerykańskiego filozofa i pedagoga J. Deweya, to taka forma podejścia pedagogicznego, gdzie student pozostając w centrum zainteresowania, nabywa nowej wiedzy i umiejętności poprzez doświadczanie rozwiązywania otwartych problemów, wykazując się przy tym dużą dozą samodzielności (w myśleniu, szukaniu rozwiązań, formułowaniu pytań pomocniczych, stosowaniu tzw. pogłębionego researchu etc.). Toteż PBL stoi niejako w opozycji do tradycyjnego nauczania, gdzie schemat wygląda następująco: informacja od nauczyciela -> zapamiętanie nowego materiału -> z góry narzucony problem/projekt w celu zilustrowania obiektywnie najlepszej metody rozwiązania zagadnienia.

Tymczasem nauczanie problemowe w pewnym sensie odwraca tę sytuację – uczeń zostaje postawiony przed faktem istnienia problematycznego zagadnienia. Do tego celu konieczne jest zidentyfikowanie:

a) co muszę wiedzieć/ umieć, aby z tym problemem się zmierzyć?

b) jakie narzędzia będą przydatne w procesie rozwiązania tego problemu? Jaką najkrótszą drogą dotrę do celu?

A zatem dopiero na końcu pojawia się właściwa ‘nowa’ wiedza i informacja, w jaki sposób zastosować właśnie nabytą umiejętność rozwiązania konkretnego problemu w praktyce, również w przyszłości w podobnych okolicznościach szkolnych i pozaszkolnych.

Warto pamiętać, że stosowanie tej formy kształcenia rozwija w uczniach nie tylko kreatywność, samodzielność i decyzyjność, ale również bardzo ich aktywizuje i zmusza do działań oraz niejednokrotnie sięgania do alternatywnych metod poszukiwania rozwiązań. Jedną z zalet takiego podejścia jest nauka współpracy w grupie, pobudzenie do otwartej dyskusji (tzw. ‘burzy mózgów’) z innymi uczestnikami zajęć, a także nauka dobrych nawyków, takich jak umiejętność filtrowania informacji i klasyfikowania ich na niezbędne,  przydatne/ użyteczne oraz nieistotne.

 Według polskiego znakomitego pedagoga W. Okonia, PBL jest sekwencją kilku istotnych czynności. Są to:

  1. Organizowanie sytuacji problemowych i formułowanie samych problemów
  2. Indywidualne lub grupowe rozwiązywanie problemów przez uczniów
  3. Weryfikacja otrzymanych rozwiązań
  4. Systematyzowanie, utrwalanie i stosowanie nowo nabytej wiedzy i umiejętności w działaniach praktycznych

W praktyce znamienne jest to, że w przypadku właściwego zastosowania PBL przez nauczyciela, rola nauczyciela jest niewspółmiernie mniejsza do roli ucznia w trakcie przeprowadzenia lekcji problematycznej, a kluczowe wówczas nie będzie przewodzenie grupie, lecz raczej wspierająca obecność nauczyciela. Jego rola sprowadza się wówczas do:

  • wywołanie sytuacji problematycznej i zdeterminowanie problemu, który będzie przedmiotem lekcji problematycznej
  • ustalenia we współpracy z uczniami kwestii indywidualnego lub grupowego rozwiązywania ww. problemu, ewentualne dobranie w pary/ grupy, jak również zachęcenia uczniów do przyjęcia określonych ról podczas procesu rozwiązywania problemu, które będą wzajemnie się uzupełniać
  • wsparcie, pomoc i udzielanie wskazówek podczas wszystkich etapów rozwiązywania zadanego problemu

Natomiast rolą ucznia/ uczniów będzie:

  • analiza problemu i istotnych kwestii oraz zagadnień, jakie on prezentuje
  • przygotowanie listy / mapy myśli na temat tego, czego dotyczy problem, przy równoczesnym określeniu mocnych stron wszystkich zaangażowanych w rozwiązanie problemu – w czym każdy indywidualnie może pomóc, w czym jest dobry?
  • dyskusja, ‘burza mózgów’, nawiązanie współpracy i rozpoczęcie poszukiwań odpowiedzi na poszczególnych etapach rozwiązywania problemu
  • opracowanie i uzasadnienie identyfikacji problemu. Ustalenie, czy wszyscy w zespole zgadzają się z tak postawioną tezą, a następnie pozyskanie wstępnego tzw. feedbacku czyli wiadomości zwrotnej od uczestników i nauczyciela prowadzącego lekcję problematyczną. Ważne jest to, aby uczeń pozostał otwarty i elastyczny na możliwe wskazówki lub uwagi dotyczące formy przeprowadzanej analizy i sposobów uporania się z problemem
  • ustalenie ram czasowych, w czasie których problem będzie rozwiązany – pracując w określonym czasie i przestrzeni uczniowi będzie łatwiej zachować motywację i dążenie do celu
  • opcjonalnie: przygotowanie listy priorytetów oraz etapów działania, które pozwolą usystematyzować i uporządkować proces badawczy
  • ustalenie, w jaki sposób rozwiązanie problemu będzie zaprezentowane (ustnie, pisemnie, w formie projektu etc.)
  • przygotowanie i przedłożenie nauczycielowi rozwiązania problemu z uwzględnieniem wykorzystanych metod i narzędzi
  • uzasadnienie, w jaki sposób rozwiązanie problemu i praca nad projektem / zadaniem wpłynęły na pogłębienie świadomości i umiejętności w danym zakresie, oraz w jaki sposób pozyskana wiedza może być spożytkowana w przyszłości

Uczniowie powinni być również przygotowani na ewentualne pytania dodatkowe, zarówno ze strony nauczyciela, jak i osób trzecich nie zaangażowanych w ten konkretny projekt, np. pozostałych uczniów. W tym wypadku, warto aby nauczyciel zachęcił uczniów do myślenia obrazowego i spojrzenia na właśnie rozwiązany problem z szerszej perspektywy: w jaki sposób mogę nową wiedzę nabytą podczas lekcji problematycznej wykorzystać w swoim życiu i procesie edukacji w przyszłości?

Współcześnie, w oparciu o koncepcje Dewey’a i polskiego pedagoga Bogdana Nawroczyńskiego, ogólny zarys procesu realizacji lekcji problemowej można ująć następująco: wytworzenie sytuacji problemowej a następnie sprecyzowanie ogólnego (głównego) problemu; wysunięcie szczegółowych zadań (lub problemów szczegółowych, będących składowymi problemu głównego) oraz ich systematyzacja; wysuwanie i uzasadnianie hipotez; ustalanie metod i narzędzi rozwiązywania problemów szczegółowych i problemu głównego; weryfikacja przyjętych hipotez w działaniu; i wreszcie wyciąganie wniosków oraz rozwiązywanie problemu.

Na koniec omawiania nauczania problemowego warto skupić się na praktycznych, nowoczesnych metodach i technikach wykorzystywanych podczas nauczania problematycznego. W zależności od wykładanego przedmiotu, rodzaju prowadzonych zajęć i profilu klasy, nauczyciel sięga do zróżnicowanych metod, takich jak np. odkrywczej – wykorzystywanej przez nauczyciela np. podczas rozwiązywania problemów matematycznych, fizycznych oraz przyrodniczych lub metody optymalnego planu działania – przydatnej podczas zajęć konstrukcyjnych, technologicznych, produkcyjnych lub z dziedziny ekonomii. Nauczanie problematyczne zachęca uczniów do korzystania z przeróżnych współczesnych narzędzi i mądrego, przemyślanego korzystania z sieci internetowej. Wyszukując, pozyskując i zgłębiając informacje znalezione w sieci, uczniowie przyswajają je, redagując dla swoich potrzeb, wykonując prezentacje i projekty z wykorzystaniem programów multimedialnych, uczą się ich prezentowania, pogłębiają wiedzę z komunikacji medialnej i poszanowania dla własności intelektualnej. W dziedzinach humanistycznych koncepcja nauczania problemowego również ma swoją rację bytu, jednak – jak wszędzie – musi być zastosowana umiejętnie, a uczniowie przygotowani i wprowadzeni do niej w sposób przemyślany i merytoryczny.

Internet daje wolność – czyli o e-learningu wstępnych słów kilka

Wciąż bardzo aktualne 🙂

Katarzyna's awatarOkey Dokey

Internet jest jednym z najlepszych wynalazków współczesnej cywilizacji (na wszelki wypadek nie piszę: najlepszym, żeby nie zostać oskarżoną o indolencję intelektualną, chociaż chyba tak właśnie uważam:)). Internet daje wolność i nieograniczone możliwości. I właśnie teraz, kiedy wszelkie interakcje społeczne, bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem i pogłębianie wiedzy w tradycyjny sposób, do którego jesteśmy przyzwyczajeni zostały ograniczone do zupełnego minimum lub wręcz całkowicie uniemożliwione, szczególnie możemy się o tym przekonać.

Moim uczniom, w większości dorosłym lub prawie dorosłym ludziom, nigdy nie zabieram telefonów podczas lekcji. Przeciwnie; jeśli sytuacja podczas zajęć i okoliczności edukacyjne temu sprzyjają, zachęcam do sięgnięcia do Profesora Google i sprawdzenia tego i owego. O dziwo, moi uczniowie nie nadużywają korzystania z mediów społecznościowych podczas zajęć, chociaż zupełnie ich o to nie ścigam. Po prostu nie ma takiej potrzeby.

90% zadawanych przeze mnie projektów i zadań domowych (nie przepadam za tym określeniem, bo wg mnie jest zwyczajnie naładowane negatywnym…

Zobacz oryginalny wpis 495 słów więcej

Keep it simple – czyli prosta idea świetnego start up’u.

W jednym z poprzednich wpisów na blogu wspominałam Wam, że mam kilka szczególnie ulubionych angielskich powiedzeń i cytatów. Jednym z nich jest motto ponadczasowej prostoty, o zarazem bardzo głębokim znaczeniu. Keep it simple. Pochwała prostego życia, bezpośredniej, pozbawionej komplikacji komunikacji międzyludzkiej, zrozumiałego dla wszystkich przesłania, znajomych narzędzi i jasnej celowości działań. Pochwała prostej idei.

Jako lektor, nauczyciel, a także przedsiębiorca i osoba na co dzień współpracująca z ludźmi, nauczyłam się wyjątkowo doceniać to co proste w przekazie, a zarazem bogate i wartościowe w treści. Najczęściej właśnie proste rozwiązania sprawdzają się najlepiej -a najkrótszą drogą najszybciej dociera się do celu. Banał? Nie. Jak się bowiem okazuje, to nadal wcale nie takie oczywiste, co osobiście dotrzegam szczególnie w branży edukacyjnej, a konkretnie w zakresie nauczania (i uczenia się) języków obcych.

Mieszkając i pracując przez lata w Wielkiej Brytanii, zawodowo będąc związana ściśle z branżą ELT (English Language Teaching), a potem po powrocie do Polski dzieląc się zdobytym doświadczeniem i wykorzystując swój potencjał najlepiej jak potrafię, podświadomie zaczęłam badać rynek szukając odpowiedzi na aktualne, współczesne potrzeby współczesnych ludzi, którzy w sposób najbliższy tzw. real life experience będą mogli bezpośrednio ‚zanurzyć się’ (direct immersion) w nauce języka angielskiego. I tak, błądząc pośród tych samych wytartych przez wielu, przez lata, ścieżek do stacjonarnych szkół językowych, na tradycyjne kursy grupowe i umawiane lekcje, natrafiłam na Tutlo.

Tutlo absolutnie mnie ujęło jako innowacyjny, bezprecedensowy start up, z rodzaju tych, o których z entuzjamem dyskutuję z moimi uczniami na zajęciach z angielskiego zawodowego, w branży ekonomia i przedsiębiorczość. To niezwykle korzystny i komfortowy sposób na opanowanie języka angielskiego, gdzie rozwiniesz swoje umiejętności posługiwania się nim korzystając z przyjaznej użytkownikowi, nieskomplikowanej i przejrzystej platformy w sposób wygodny, bezpieczny (!), bezstresowy, a przede wszystkim bardzo zindywidualizowany i dostosowany do Twojego trybu życia i potrzeb.

Za sukcesem Tutlo stoi nie tylko prosta, świetna idea, profesjonalne wykonanie i wzorcowy marketing, ale też to, na co tacy ludzie jak ja – czyli specjaliści ‚od angielskiego’ – zwracają szczególną uwagę.

Platforma jest tak skonstruowana, że umożliwia kursantowi komunikowanie się i naukę poprzez konwersacje z różnymi ludźmi, z różnych stron świata. Tutlo współpracuje z imponującą liczbą profesjonalnych lektorów i native speakerów, z bazy których kursant może dowolnie wybierać, kierując się własną oceną i decyzją. Możliwość prowadzenia spontanicznej realnej rozmowy w czasie rzeczywistym i dla nas najdogodniejszym, z lektorami i native’ami o różnych akcentach i stylach wypowiedzi, popartej wsparciem metodycznym i dydaktycznym, jest nie do przecenienia i jest prawdopodobnie jedyną sensowną alternatywą do praktycznej nauki języka angielskiego, która ma miejsce podczas migracji do kraju, w którym jest on uniwersalny i używany na co dzień.

Taki sposób wzmacniania swoich umiejętności językowych jest też szczególnie pożądany przy aktualnych realiach życia współczesnego ‚everymana’, człowieka który żyjąc szybko i intensywnie, oczekuje usług ‚on demand’, czyli na żądanie – filmu na Netflixie, albo 20 minut intensywnego zanurzenia się w języku angielskim.

I to właśnie oferuje Wam Tutlo. Po prostu: keep it simple – w nauce, w biznesie i w życiu. Polecam.

It’s OK if you’re not OK.

Bardzo lubię ten krótki, wymowny angielski tekst – szczególnie teraz. It’s OK if you’re not OK. Masz prawo NIE czuć się dobrze.

Jestem znużona, zmęczona i zirytowana do granic. Nie społeczną kwarantanną, choć dla osoby która wyjątkowo ceni sobie wolność i aktywność, to ciężki czas. Ale mam serdecznie dość presji, która każe nam w tym trudnym, specyficznym czasie epidemii udowadniać sobie i innym coś, co nie jest teraz wcale oczywiste, ani koniecznie potrzebne, ani nawet realne – przynajmniej dla części (większości?) z nas.

NIE musisz teraz nagle polubić jogi, tabaty ani zostać drugą Chodakowską albo drugim Coachem Kozakiem. NIE musisz teraz zapisać się na studia podyplomowe online, ani codziennie słuchać 127653379 motywujących webinarów i podcastów filozoficznych, aby po zrobieniu skrzętnych notatek, wyjść nagle ze swojej strefy komfortu (he, he – póki co, wyjście z mieszkania będzie sukcesem). NIE musisz teraz robić gruntownych porządków w szafie i w sercu, ani przekopać ogródka, ani wykopać starych quasi znajomych z kontaktów, ani na siłę odnawiać zamierzchłych znajomości. NIE musisz teraz przeczytać miliona zaległych książek ani obejrzeć wymaganych 4 sezonów Domu z papieru, bo jest ci ciężko skupić się nawet na jednej stronie książeczki dla dzieci, którą czytasz im po raz kolejny na dobranoc. NIE musisz nawet mieć ochoty ani potrzeby (sic!) kontaktu z ludźmi spoza najbliższego kręgu rodziny, z którymi przebywasz w izolacji. NIE musisz teraz pomagać innym, bo inni pomagają – jeśli sam(a) nie czujesz się pewnie ani stabilnie. Wszelkie wsparcie innych jest chwalebne, ale czasem lepiej zatroszczyć sie najpierw o siebie i najbliższe otoczenie. Wreszcie – NIE musisz być OK. I to właśnie jest OK.

Teraz wystarczy, że jesteś zdrowy i Twoi bliscy są zdrowi, i że masz wpływ ich samopoczucie. Wystarczy, że czasami niepokój i lęk o swoje i innych życie Cię paraliżuje. Wystarczy, że masz ochotę wyłączyć Internet i media na zawsze. Wystarczy, że codziennie zmagasz się z pracą online – albo z nagłym, niespodziewanym widmem bezrobocia. To wystarczy. Bo to nie jest wakacyjny czas relaksu i komfortu. Jest ciężko i może być jeszcze ciężej, więc jeśli masz dość kolejnych insta stories pt. ‚poćwiczone’ albo ‚zostań w domu i skorzystaj z niesamowitej okazji nauczenia się języka plemienia Ubuntu’, to wiedz, że na pewno nie jesteś sam.

P.S. Długa przerwa w pisaniu na blogu oznacza, że mnie również ciężko znaleźć motywację do czegokolwiek kreatywnego, ale to jest OK. It’s OK if you’re not OK.

*zdjęcie pochodzi z pexels.com

Internet daje wolność – czyli o e-learningu wstępnych słów kilka

Internet jest jednym z najlepszych wynalazków współczesnej cywilizacji (na wszelki wypadek nie piszę: najlepszym, żeby nie zostać oskarżoną o indolencję intelektualną, chociaż chyba tak właśnie uważam:)). Internet daje wolność i nieograniczone możliwości. I właśnie teraz, kiedy wszelkie interakcje społeczne, bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem i pogłębianie wiedzy w tradycyjny sposób, do którego jesteśmy przyzwyczajeni zostały ograniczone do zupełnego minimum lub wręcz całkowicie uniemożliwione, szczególnie możemy się o tym przekonać.

Moim uczniom, w większości dorosłym lub prawie dorosłym ludziom, nigdy nie zabieram telefonów podczas lekcji. Przeciwnie; jeśli sytuacja podczas zajęć i okoliczności edukacyjne temu sprzyjają, zachęcam do sięgnięcia do Profesora Google i sprawdzenia tego i owego. O dziwo, moi uczniowie nie nadużywają korzystania z mediów społecznościowych podczas zajęć, chociaż zupełnie ich o to nie ścigam. Po prostu nie ma takiej potrzeby.

90% zadawanych przeze mnie projektów i zadań domowych (nie przepadam za tym określeniem, bo wg mnie jest zwyczajnie naładowane negatywnym ładunkiem), zarówno z angielskiego branżowego, jak i ogólnego, wymagają zrobienia researchu w Internecie. Dzięki temu, kursant języka angielskiego pogłębia swoją wiedzę i ogólną, i językową w sposób naturalny, przyjemny i motywujący. Znam to z autopsji; jako samozwańcza queen of research (ja nie stalkuję! ja tylko inwestyguję:)) praktycznie nie wyobrażam sobie dnia bez sprawdzenia bieżących informacji ze świata na kilku ulubionych zagranicznych portalach i forach, przeczytania sarkastycznych komentarzy na Daily Mail (albo, dla odmiany, absolutnie rewelacyjnych tekstów parodystycznych na Daily Mash), przeglądnięcia kilku obserwowanych blogów, kont na insta, skorzystania z poczty elektronicznej i messengera. Współczesne życie, obok tego w realu, toczy się również online, I NIE MA SENSU TEGO UKRYWAĆ. Nie ma też nic w tym złego ani niepokojącego; nałóg internetowy jest tak samo niebezpieczny, jak uzależnienie od używek i środków psychoaktywnych, zatem i w tym wypadku kluczowe są ZDROWY ROZSĄDEK, odpowiednia motywacja i umiar.

Internet przede wszystkim jest moim narzędziem pracy. Już od dawna pracuję korzystając z Internetu, a wygląda na to, że w najbliższej przyszłości będę pracować tylko dzięki temu medium. Internet do tego stopnia definiuje i determinuje nasze możliwości zarobkowania i rozwoju zawodowego, że aż strach pomyśleć, co byłoby gdyby…? Co byłoby teraz, gdyby nie opcja pracy i nauki w trybie zdalnym, gdyby nie bezcenna szansa wymiany bieżących wiadomości w czasie rzeczywistym? Gdyby nie globalny zasięg Internetu i coraz lepsza przepustowość, które umożliwiają korzystanie z jego zalet ludziom na każdej szerokości geograficznej?

Kilka tygodni wystarczyło, aby życie, które znaliśmy na co dzień stało się nieosiągalne. Zmieniło się tak wiele wokół nas, że otaczająca rzeczywistość zaczęła przypominać tę rodem z science fiction. My jednak wciąż jeszcze pozostaliśmy tymi samymi ludźmi, którzy mają podobne potrzeby i oczekiwania. I o ile jesteśmy zmuszeni całkowicie zrezygnować z życia towarzyskiego i socjalnego, tak staramy się – z oczywistych względów bytowych -w miarę możliwości kontynuować pracę zawodową, a dzieci i młodzież edukację szkolną. I tutaj właśnie paradoksalnie łącznikiem pomiędzy science fiction a normalnym życiem staje się Internet.

Media społecznościowe, ogólnodostępne i dedykowane platformy e-learningowe, komunikatory i aplikacje, których ostatnio pojawiło się coraz więcej na rynku dają namiastkę normalności i pewną ciągłość tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni lub bez czego normalnie nie funkcjonujemy. Jestem zdecydowaną propagatorką nauki w trybie online, lekcji prowadzonych poprzez komunikatory, wszelkich webinarów, podcastów i videocastów, projektów przesyłanych drogą elektroniczną (oszczędność druku i papieru!) – nie tylko w tej trudnej rzeczywstości, w jakiej chwilowo przyszło nam żyć. Praca i nauka online (remote, home office, e-learning) oszczędza czas, pieniądze i środowisko. Ma wiele zalet, i z pewnością też wiele wad – ale starajmy się skupiać na tym, na co naprawdę mamy wpływ i co dobrego możemy wyciągnąć z każdego doświadczenia.

Pozytywne nastawienie do nowych technologii w zakresie edukacji powinno być priorytetem dla każdego zaangażowanego w proces kształcenia młodego człowieka. Pomijając już wszelkie inne plusy takiej metody uczenia się i nauczania, Internet daje wolność.

A dla mnie wolność jest wartością nadrzędną. *

*wpis na blogu pochodzi z dnia 21 marca 2020, ogłoszony stan epidemii.

** zdjęcie pochodzi z pexels.com

THINK globally, ACT locally – czyli dzisiaj będzie o mnie i o Tobie.

Myśl globalnie, działaj lokalnie to jedno z moich 3 ulubionych haseł motywacyjnych (o pozostałych dwóch dowiecie się przy innej okazji). Szczególnie obecnie wpisuje się idealnie i bardzo boleśnie w otaczającą nas rzeczywistość i ten trudny, dziwny czas, w jakim przyszło nam żyć i dramatyczne wydarzenia z jakimi, chcąc nie chcąc, musimy się zmierzyć.

To, co robisz ty – tutaj, dotyczy mnie – tam.

To, co robię ja – tam, ma wpływ na ciebie – tutaj.

Dzisiaj nie ma już odległości i nie ma już odrębności; świat skurczył się do rozmiarów małej piłeczki tenisowej, którą odbijamy do siebie z nadzieją, że to do nas uśmiechnie się los i to właśnie my wygramy ten set, ten mecz.

Dlatego każdy nasz ruch i każde nasze zagranie ma wpływ na reakcję i los drugiej strony. Czy będziesz na tyle odpowiedzialny tu, w swoim bloku i w swoim sklepie osiedlowym, żeby przyczynić się do zmniejszenia tragedii w twoim mieście? Czy będziesz na tyle odpowiedzialny podróżując po swoim kraju, żeby przyczynić się do zmniejszenia tragedii na calym kontynencie? Czy będziesz na tyle odpowiedzialny wracając zza ocenu do swojego domu, żeby przyczynić się do zmniejszenia tragedii globalnie?

You’ll never walk alone. Nie idziesz sam i nie grasz sam; nawet jeśli tak ci się wydaje, że sam nie masz na nic wpływu i nic nie możesz zmienić. Jesteś tylko elementem układanki, która po wyjęciu jednego klocka, może rozsypać się bezładnie. Jestes elementem układanki, który po wpasowaniu się we właściwe miejsce tworzy całość, a wszystko znów nabiera sensu.

Bądź odpowiedzialny i pomóż na nowo stworzyć całość. Zostań w domu. *

Think globally, act locally.

*już jutro pojawi się wpis dotyczący aktualnego zostawania w domu, czyli dlaczego przyszłość to Internet, a edukacja online jest tym, na co powinniśmy wszyscy postawić. Szykuje się bardzo wartościowa współpraca i innowacyjny projekt, na który już nie mogę się doczekać. Będzie o czym czytać. Watch this space.

*photo by pexels.com

Tylko szukając w ludziach dobrych cech, jesteś w stanie je znaleźć – czyli dzisiaj bez czyli.

Popełniłam błąd. Zareagowałam ostatnio zbyt emocjonalnie, niepotrzebnie całkiem robiąc wykład umoralniający i pseudo-edukujący (jak teraz o tym myślę, to w dodatku raczej wątpliwej jakości) komuś zależnemu ode mnie, komuś, kogo prowadzę na ścieżce edukacji językowej. W obliczu obecnego napięcia i presji, w połączeniu ze zmęczeniem i niewyspaniem, zapomniałam o najważniejszym przykazaniu: nie krytykuj.

Krótki film reportażowy nakręcony przez stację CNBC, którego głównym bohaterem jest Richard Branson, stał się katalizatorem pewnych zmian w moim życiu. Ten facet ośmiela się twierdzić, że „tylko szukając dobrych cech w ludziach, jesteś w stanie je znaleźć”.

To ma tak cholernie głęboki sens, że uświadomienie sobie znaczenia tych słów aż boli. Tylko pomyśl: czy będąc pracodawcą, przedsiębiorcą, wspólnikiem, współpracownikiem, a wreszcie pracownikiem – szukasz w ludziach tylko tego, co CHCESZ odnaleźć? Tylko tego, czego NAPRAWDĘ ci potrzeba? Czy raczej szukasz w nich podświadomie i zupełnie świadomie tego, z czym mają problem, tego, czego im brakuje, aby z pełną satysfakcją móc im wytknąć: popatrz, miałem rację! Ty tego nie masz w sobie! Ty tego nie potrafisz, nie umiesz. Nie nadajesz się. Jesteś do niczego.

Tylko szukając dobrych cech u innych, a przecież jedynie tych pragniesz i potrzebujesz – jesteś w stanie je znaleźć. I w istocie tylko wtedy je znajdujesz. Jeśli z gruntu zakładasz, że ktoś jest dobry, tylko potrzebuje odpowiedniej motywacji, może większego kredytu zaufania, może lepszego szkolenia, może jeszcze więcej pracy twojej nad nim i z nim, może więcej cierpliwości i zrozumienia, a może zwyczajnej szczerej rozmowy – tylko wtedy proces rozwoju współpracy i relacji z tym człowiekiem może się udać i być sukcesem.

W rodzicielstwie i spełnianiu roli wychowawcy i opiekuna (nie tylko własnych dzieci) działa to podobnie. Zauważyłam, że im mniej krytykuję i oceniam, a więcej szukam i próbuję zrozumieć działanie, tym szybciej udaje się dojść do konsensusu i sensownej współpracy. Bywa że ktoś, często najmłodszy i najbardziej nas potrzebujący, w tym konkretnym momencie swojego życia jest tak nabuzowany, tak emocjonalnie zdominowany przez skok rozwojowy i zachodzące zmiany psychofizyczne, że dobre wewnętrzne motywacje wydają się w nim nie istnieć. Istnieją jednak, trzeba tylko do nich dotrzeć. Wtedy też przeważnie okazuje się, że całe te głupie złośliwości i niewłaściwe zachowania nie mają żadnej większej wagi. W danym momencie wydaje się być ich mnóstwo na powierzchni, ale ich jakość jest tak naprawdę kiepska w obliczu ogromnej wartości tej DOBREJ CECHY, dobrej motywacji, którą udało nam się wydobyć z głębi.

Nie krytykuj. Motywuj i argumentuj, ale nie rań. Dyskutuj i dziel się doświadczeniem i opiniami, ale nie wymądrzaj się i nie pouczaj. Ja tego nie cierpię. A Ty?

Link do wyżej wspomnianego krótkiego reportażu z wypowiedziami Bransona:

https://www.cnbc.com/2017/10/19/richard-branson-says-learning-people-skills-will-help-you-succeed.html

Na początku było poczucie humoru – czyli dlaczego fajni pracodawcy zatrudniają fajnych ludzi

Co by nie powiedzieć o Robercie Grynie, to ma rację chociaż w jednym: na rozmowie kwalifikacyjnej i w ogóle podczas sensownej rekrutacji, a potem kariery zawodowej, najważniejsze jest poczucie humoru. Sic!

Pracę swoich marzeń – na stanowisku koordynatora / specjalisty, praktycznie zaraz po studiach, z mizernym doświadczeniem, jako jedna z 3 Polaków zatrudnionych na kilkaset ludzi w głównej siedzibie Cambridge University Press w Cambridge – dostałam chyba głównie dlatego, że popełniłam największą gafę swojego życia wobec mojej przyszłej, przeszłej, wieloletniej ukochanej managerki. (Rachel! <3). Popełniłam też wiele innych błędów już w czasie trwającego zatrudnienia, np. zatwierdzając i prawie już zlecając do ostatecznego druku (kilkadziesiąt tys egzemplarzy) słynny podręcznik Murphy’ego Essential Grammar in Use z kluczowymi brakami w części rozdziałów 😉 Wszystko udało się uratować i wszystko skończyło się z uśmiechem na twarzy.

Bo tak to właśnie jest. Jeśli chcesz być szczęśliwy w życiu zawodowym, nie szukaj pracy tylko dla pieniędzy, ale przede wszystkim dla pasji. Jeśli chcesz być szczęśliwy w życiu zawodowym, nie bądź unikalny na rozmowie kwalifikacyjnej, tylko bądź autentyczny. Jeśli chcesz być szczęśliwy w życiu zawodowym, bądź elastyczny i tolerancyjny. Jeśli chcesz być szczęśliwy w życiu zawodowym, szukaj FAJNEGO PRACODAWCY. Takiego, który ma dobre poczucie humoru (nawet to czarne), bo jest duże prawdopodobieństwo, że i on doceni Twojego poczucie humoru; machnie ręką na Twoje pomyłki i nieudane projekty, a porażki przemieni w swoisty sukces i najcenniejszą z nauk – naukę na błędach. Ludzie o wartościowym, ironicznym poczuciu humoru są z reguły również inteligentni. A uwierzcie, najlepiej pracuje się z kimś i dla kogoś inteligentnego 🙂

Richard Branson zawsze mówił, że najważniejsze w udanej, przynoszącej satysfakcję i spełnienie karierze zawodowej są tzw. people skills, jako jedna z najważniejszych składowych popularnego terminu ‚soft skills’. Im dłużej obracam się wśród ludzi, im więcej prac, zawodów, firm i instytucji zaliczyłam, tym bardziej przekonuję się, że tak właśnie jest. Wiedza, profesjonalizm i doświadczenie w branży jest niczym gdy ludzie, z którym pracujesz, CIĘ NIE ZNOSZĄ. Gdy klienci i firmy nie chcą z Tobą współpracować, bo się Ciebie boją albo czują się niekomfortowo w relacjach biznesowych z Tobą. Gdy nie potrafisz dogadać się z przełożonym, pracownikami, współpracownikami, dostawcami itd. itp. Jasne, że nie jesteśmy zupą pomidorową z makaronem świderki, żeby nas wszyscy lubili. Jako dość skrajny nonkonformista jestem tego doskonałym przykładem 🙂 Ale nie o lubienie tu chodzi. Tylko o to, żeby powiedzenie: ‚It’s not Monday, it’s your job that sucks’ nie było naszym udziałem.

Fajni pracodawcy zatrudniają fajnych ludzi. Moi pracodawcy zawsze byli i są fajni. A jak nie byli, to szybko przestawali być moimi pracodawcami 🙂

Czego i Wam, na początku nowego tygodnia, nowego miesiąca, może nowego życia, serdecznie życzę.

Dzieci i ryby głosu nie mają? Nie!

To kobiety (przynajmniej w Internecie) głosu nie mają!

To miał być zupełnie inny wpis, drugi już z cyklu emigracyjnego, i powoli zahaczający o tematykę aplikowania do firm i sprawnego radzenia sobie z rozmowami kwalifikacyjnymi z punktu widzenia kandydata.

Ale będzie zgoła o czymś innym, co wypłynęło spontanicznie, na fali tsunami, które przetoczyło się ostatnio przez odwiedzane przeze mnie fora internetowe. A dotyczy niesprawiedliwego, głęboko zakorzenionego w naszym wciąż i wciąż patriarchalnym społeczeństwie przekonania, że opinie, zdania, przemyślenia i poglądy kobiet są z założenia lekceważone i deprecjonowane jako te mniej istotne, mniej racjonalne i mniej wartościowe – bez żadnego oparcia w rzeczywistości!

Jeśli sądzisz, że będąc kobietą, możesz bezkarnie wypowiadać się kontrowersyjnie i w opozycji do innego użytkownika czy artykułu – to się mylisz. Jeśli sądzisz, że będąc kobietą, możesz zostać nie tyle zrozumiana, co chociaż PRZECZYTANA ZE ZROZUMIENIEM komentując w internetach – to się mylisz.

Ta smutna konstatacja pojawiła się pod wpływem tego, co od jakiegoś czasu obserwuję u innych i osobiście doświadczam, ośmielając się zabrać głos na tematy nieoczywiste i dyskusyjne, tudzież uznawane (przez kogo, na Boga?) za ‚męskie’ albo ‚skomplikowane’. Okazuje się bowiem, że bardzo podobny w wymowie i przekazie komentarz będzie INACZEJ odebrany wówczas, gdy autorem jest mężczyzna, a zupełnie inaczej wtedy, gdy autorką jest kobieta. Będzie polajkowany, pogratulowany, poparty – chociaż nie napisał go żaden znawca tematu, żaden profesjonalista ani ekspert, ale za to (no przecież!) przedstawiciel płci męskiej.

Będzie natomiast skrytykowany, podważony, albo wręcz wyśmiany i zlekceważony, gdy jest sformułowany przez kobietę – nawet jeśli jest ona ekspertem w tej konkretnej dziedzinie, albo ma doświadczenie uprawniające ją do stawiania pewnych tez. To nie ma większego znaczenia, znaczenie ma natomiast to, JAKIM PRAWEM ona się w ogóle w sposób tak autorytarny i pewny wypowiada? Niechże się wypowiada na tematy tzw. ‚kobiece’, ale co ona może wiedzieć np. o piratach drogowych i przejechaniu pieszego na jezdni w terenie zabudowanym, jak pewnie sama ledwo umie przekręcić kluczyk w stacyjce, nie mówiąc już o ruszaniu pod górkę? Najsmutniejsze jest to, że jak zwykle w życiu – i w internecie przeważnie to kobieta kobiecie najgorszym wilkiem, i same kobiety utrwalają taki obraz internautki, czyli tylko w teorii uprawnionej do wyrażania swojego zdania i opinii na tematy inne, niż recenzja najnowszego Thermomixa.

Wake up, ludzie. Czas się obudzić w tych polskich internetach. Tyle się mówi o prawach kobiet, o poszanowaniu ich poglądów, o prawie do bycia niezależną, samoświadomą, zdecydowaną. Tyle się mówi o wyrównaniu płac, o równych opcjach i możliwościach na rynku pracy.

Zacznijcie od miejsca, gdzie przebywacie wszyscy najczęściej – od Internetu, bo nawet tam ciężko się swobodnie wypowiedzieć, będąc kobietą.

*zdjęcie pochodzi z http://www.pixabay.com

Przyszłość jest teraz – dlatego wróciłam.

O emigracji pierwszych słów kilka. Blisko 8-letnia emigracja była najlepszym i najgorszym doświadczeniem w moim życiu. Ale jak to?

Ano tak to. Wyjeżdżając ‚tylko na krótko’, na 5 roku studiów , nie przypuszczałam, że po 1. emigracja wciąga i zostanę dużo dłużej, niż planowałam, i po 2. że emigracja WSZYSTKO i NA ZAWSZE zmienia.

Zmienia przede wszystkim pod względem mentalnym i emocjonalnym. Nie tylko zmienia się jakość naszego życia, ale też jakość naszego myślenia – poszerzają się wąskotorowe horyzonty, nabywamy znajomości i doświadczeń, których nie zdobylibyśmy w inny sposób, ale także zmienia się coś, czego nawet nie potrafię określić, bo trzeba samemu przeżyć, aby zrozumieć – i to zostaje już z nami na całe życie, również po powrocie z emigracji. Być może chodzi o to, że człowiek już na zawsze jest jakby ‚pomiędzy’, tzn. trochę tam, a trochę tu. Nawet jeśli zapuści ponownie korzenie w nowym starym miejscu, to wciąż wspomnienie i doświadczenie wielu lat spędzonych na obczyźnie odciska swoje piętno na obecnym życiu.

Wracając do samej emigracji – oczywiście, po pierwszym powyjazdowym ‚haju’ (ale tu super, a ile kasy zarabiam!), przychodzi też tzw. emigracyjny spleen – nostalgia, tęsknota, nazwijcie to jak chcecie. Niedoceniane kiedyś, teraz staje się najbardziej pożądanym i upragnionym – a to, co wydawało się kuszące, powszednieje i często w zderzeniu z emigracyjną rzeczywistością, paradoksalnie traci na wartości. Często też zupełnie zmieniają się nasze priorytety – np. wyjechałaś tylko na studia, ale poznałaś tam mężczyznę swojego życia, i planujesz zostać na stałe. Albo wyjechałeś niby na stałe, zarobkowo do firmy, która zaoferowała ci kosmiczne pieniądze, niestety tęsknota za rodziną okazała się silniejsza, żona zagroziła rozwodem, a dzieci przestały pamiętać, jak się z Tobą bawi i rozmawia inaczej niż przez skype – dlatego postanowiłeś wrócić.

Życie samo pisze najdziwniejsze scenariusze, natomiast jeśli chodzi o moją emigrację, zawsze trzymałam się z góry założonego planu: wrócę. I tak się stało, nie przewidziałam jednak, jak wiele te 8 lat potrafi zmienić; zwłaszcza, gdy faktyczny start kariery zawodowej wypada właśnie na pobyt poza ojczyzną.

Nigdy nie ukrywałam, że moja emigracja była czysto ZAROBKOWĄ. Miałam skonkretyzowane plany, na co i w jakim okresie czasu chcę zarobić (nieosiągalne dla mnie, przynajmniej wtedy, w Polsce), i chociaż pojawiały się momenty zawahania i pomysły, aby zostać na stałe, to jednak nigdy na tyle silne, aby z planów powrotowych zrezygnować.

W czasie swojej emigracji wykonywałam większość możliwych prac, przynajmniej jeśli chodzi o ogólny podział.

  • fizyczne (na farmie, na wyścigach konnych (tak! :)) , w firmie sprzątającej – to jeszcze w czasie wyjazdów wakacyjnych na studiach)
  • umysłowo – fizyczne w customer service (czyli np. sklepy odzieżowe – doradca klienta, magazyn)
  • tuż po studiach już stricte w zawodzie – najpierw w niedużych, niezależnych i komercyjnych wydawnictwach, a następnie w globalnej organizacji, jako koordynator procesów wydawniczych
  • w finansach, logistyce i planowaniu – negocjacje i bezpośredni kontakt ze światową czołówką dostawców na rynek wydawniczy (praca marzeń – Cambridge University)

Oprócz tego przeszłam też przez agencję nieruchomości, nauczanie angielskiego, bezpłatne staże i rozliczne inne drobne doświadczenia zawodowe. Wszystko to sprawiło, że jestem teraz tym, kim jestem, i w tym właśnie punkcie mojego życia. I jestem zdecydowana powiedzieć, że emigracja Z WYBORU jest NAJLEPSZYM, co może cię spotkać – i SKORZYSTAJ zawsze z tej szansy, jeśli taką masz. Migracje, podróże, praca w zupełnie innym środowisku, w innym języku, spotkania z ludźmi o rozmaitych korzeniach kulturowych, codzienność w innym otoczeniu, innej infrastrukturze, z inną walutą itd. etc. ogromnie otwiera na świat, na ludzi, ubogaca i jest jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem, choć absolutnie nie łatwym i nie pozbawionym stresów i niepokoju.

Pamiętaj jednak o jednym: emigracja ma ciemną stronę mocy – zmienia myślenie na zawsze. Zawsze też będziesz zastanawiać się, jakby to było, gdybyś został(a) / lub wrócił(a) 🙂 Dilemma 4-ever.

*wzruszyłam się trochę, pisząc ten post. Jesli podobają Ci się takie szczere teksty post-emigracyjne, doświadczenia i przemyślenia bez ściemy z tym związane, bo np. planujesz emigrację lub powrót z niej – to daj lajka albo napisz w komentarzu 🙂 Pozdrawiam ciepło.

*zdjęcie to pożegnalny tort, jaki własnoręcznie wykonali dla mnie moi najbliżsi przyjaciele z UK – dawni współpracownicy z CUP. I love you and miss you guys, forever.

Impossible is SOMETHING – czyli wcale nie wszystko jest możliwe.

Specjalnie taki przewrotny tytuł. W ogóle przyzwyczajcie się, bo większość moich postów na tym blogu będzie obalać pewne utarte schematy i stereotypy – nonkonformizm i wolnomyślicielstwo w czystym wydaniu. Pozdro dla kumatych 🙂

No więc to jest tak, że pomimo chwytliwego hasła, które chyba wszyscy znamy, wcale NIE wszystko jest możliwe. I nie wiem skąd ta obecna potrzeba udowadniania sobie i innym, że KAŻDY człowiek może osiągnąć WSZYSTKO, bo wystarczy tylko chcieć.

Ludzie, dzięki Bogu, mają różne predyspozycje, możliwości, wrodzone cechy i nabyte wartości, tzw. qualities, mają też zupełnie różne potrzeby i pragnienia. Wspaniałe to jest, czyż nie? Dywersyfikacja i różnorodność daje szansę na prawdziwy rozwój cywilizacyjny; gwarantuje też, że wszyscy nie umrzemy z nudy… Myślę, że od najmłodszych lat, zamiast głosić górnolotne hasła w stylu ‚impossible is nothing’, ‚niemożliwie nie istnieje’, ‚wszystkie ograniczenia są w twojej głowie’ itd. itp., warto uświadamiać swoim dzieciom i młodzieży, żeby postawili na to, w czym są dobrzy, i co sprawia im RADOŚĆ.

Nikt nie jest i nigdy nie będzie ekspertem od wszystkiego, nie da się też doświadczyć pewnych rzeczy, będąc np. osobą z pewnymi deficytami fizycznymi lub psychicznymi, i nie każdy z nas jest predestynowany np. do bycia linoskoczkiem albo baletnicą. Nasze dzieci mają różne zdolności, mają różne temperamenty i charaktery – nieśmiały introwertyk będzie prawdopodobnie cierpieć katusze, występując na scenie (co nie znaczy, że nie ma wybitnego talentu np. wokalnego), a osoba uzdolniona w kierunku nauk ścisłych, będzie irytować się na lekcjach języka polskiego, (a równocześnie często się zdarza, że ścisłowiec pisze fenomenalne opowiadania i powieści).

Jak wszystko w życiu, i tę kwestię – wyboru odpowiedniej szkoły, profilu klasy, ścieżki zawodowej, przekwalifikowania się itd – należy traktować indywidualnie i z rozmysłem. Warto pokonywać własne ograniczenia i wychodzić z przysłowiowej ‚strefy komfortu’ – tylko czy trzeba za wszelką cenę?

Networking – czyli Ty mnie, a ja Tobie

Sporo moich pierwszych zajęć ze słuchaczami angielskiego zawodowego zaczynam właśnie od tego tematu. Wg oficjalnej definicji (moje własne luźne tłum. z angielskiego) networking w tym znaczeniu to poszukiwanie, ustanawianie, a następnie budowanie i pogłębianie wspólnych relacji z ludźmi, którzy mogą nam się ‚przydać’, a my z kolei możemy ‚przydać’ się im (tak, brzmi dość instrumentalnie, ale w praktyce zupełnie inaczej to wygląda) – zarówno na gruncie biznesowym, jak i prywatnym.

Osobiście gorąco zachęcam do networkingu, zwłaszcza tych, którzy nadal poszukują swojej drogi zawodowej, albo planują zmianę branży / zawodu, tudzież z jakichkolwiek innych powodów. Z doświadczenia wiem, że to zwłaszcza umiejętny networking po 8-letnim pobycie w UK bardzo mi pomógł i otworzył na zupełnie nowe ścieżki zawodowe i zainteresowania.

Obecnie poznawanie i budowanie nowych relacji z nieprzypadkowymi osobami możemy realizować na wiele sposobów. Coraz bardziej popularne stają się tzw. biznesowe śniadania, różne zloty i konferencje networkingowe, z których oficjalnie i w konkretnym celu korzystamy – aby nawiązać wartościowe relacje i znajomości, które przyczynią się do naszego sukcesu zawodowego.

Można też networkingować się (mój własny neologizm:)) również zupełnie inaczej – na luzie. Sporo ciekawych znajomości, które zostają przeniesione na grunt zawodowy, zostaje zawartych np. w klubach sportowych, na korcie – uwierzycie, że niektórzy celowo wybierają sobie na sparing partnerów np. ludzi ze świata biznesu albo polityki? 😉

Dobry networking ma wiele zalet. Nie tylko pomaga pozbywać się pewnych ograniczeń związanych np. z nieśmiałością czy brakiem wiary we własne możliwości i kompetencje zawodowe, ale również sprawia, że stopniowo zaczynamy otaczać się ludźmi nadającymi na podobnych falach i mającymi podobne zapatrywania i priorytety, co nasze. Nie wierzę i nigdy nie wierzyłam w stereotyp, że ‚przeciwieństwa się przyciągają’. Bzdura. Tylko na podobnych fundamentach można budować wspólne stabilne relacje; i jestem przekonana, że podobnie sytuacja wygląda na gruncie zawodowym.

Jako nauczyciel oraz pracownik różnych firm i organizacji namawiam młodzież, aby starannie dobierała towarzystwo, którym się otacza. Wszak szanować i wspierać należy wszystkich bez wyjątku, natomiast dobrze mieć wokół siebie ludzi, którzy ciągną nas do góry, a nie w dół.

*zdjęcie pochodzi z http://www.pexels.com

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij